Długo zastanawialiśmy się nad tym dokąd wybrać się w te wakacje. Biorąc pod uwagę, że pieniążków nie mieliśmy najwięcej (złożyło się na to kilka czynników, kupiliśmy dwa aparaty cyfrowe do studio i odremontowaliśmy domek letniskowy) zdecydowaliśmy się na autostop – czego nigdy wcześniej nie próbowaliśmy. Kierunek północne Włochy.

Początkowo przejazd nie nastręczał dużych trudności. Jazda autostopem przez Niemcy, Słowenię i Włochy to nie jest nic trudnego. Ludzie są sympatyczni, pomagają zorientować się w sytuacji, a GPS w komórce pozwala mieć poczucie, że wie się gdzie się jest. 2000 kilometrów przejechaliśmy w ciągu 60 godzin właściwie za darmo. Poznaliśmy wielu fajnych ludzi – generalnie mamy co wspominać.

Na miejscu szybko okazało się, że co dobre to już za nami. Sztuczne opłaty wprowadzone w zasadzie na wszystko, włącznie ze spuszczaniem dwukrotnym wody w WC powodowały, że od początku żałowaliśmy, że nie kupiliśmy jednak z jakiejś oferty last minute All-inclusive. Jednocześnie miejscowi już odpowiednio dobrze pilnowali, żeby przypadkiem nic nam się nie udało zdobyć taniej.

Co by nie powiedzieć okolica, w której mieszkaliśmy była cudowna, wysokie na kilka pięter klify wyrastały prosto z morza. W niedalekiej odległości od wybrzeża były widoczne postrzępione wierzchołki gór. Niemniej jednak z naszymi możliwościami finansowymi i transportowymi mogliśmy co najwyżej pooglądać sobie to z boku. Dotarcie do jakichkolwiek punktów widokowych wymagało posiadania auta. Niby wiedzieliśmy, że okolica nie jest do końca bezpieczna, ale jakoś nie było na co dzień takiego poczucia, aż pewnego pięknego dnia zostaliśmy jak na dzikim zachodzie napadnięci i okradzeni z plecaka fotograficznego i portfeli – pozbyliśmy się naszych ulubionych i kupionych za grube pieniądze aparatu Sony a350 i fachowej lornetki Olympus. To niestety spowodowało, że musieliśmy wcześniej wracać do domu i summa sumarum nie możemy tego urlopu zaliczyć do udanych.

Zobacz podobne

Tagi wpisu: , , ,